Woombie i Szumisie – czyli o tym, że byłam bliska załamania, ale…

Jeśli śledzicie moją stronę na Facebook’u, to doskonale wiecie, że druga połowa września i początek października były zarówno dla naszego Teośka jak i dla mnie jedną wielką kolkową masakrą. Od kiedy Teo skończył 2 tygodnie noce zostały nam zabrane, a w zamian za nie dostaliśmy wór pełen: bezsenności, kolek, płaczu i bezradności.

Tak naprawdę kolkowe cyrki trwały 24/7. Były na tyle silne, że Teo dostał od nich przepukliny pępkowej :( Momentami zastanawiałam się czy ja to przeżyję, bo psychicznie sytuacja dociskała mnie do parteru. Myślałam, że to nasz pierworodny był męczony kolkami i osiągnęły one jakieś maksimum. Jednak to, co działo się ostatnio z Teo, to był jeden wielki koszmar. Próbowaliśmy właściwie wszystkiego: kropli, termoforów, masaży, kołysanek, wykluczania tego i owego z diety, włączonego odkurzacza taszczonego przez całe mieszkanie, suszarki która zagotowywała powietrze. Doszliśmy w rezultacie do tego, że nic nie pomagało. Wszystko zdawało się być jakimś totalnym niewypałem, albo pomagało przy co dziesiątym ataku kolki. Miałam ochotę zwinąć się w kulkę i ryczeć. Sytuacja zaczęła mnie totalnie przerastać.

Zupełnie niespodziewanie, w pewne niedzielne przedpołudnie odebrałam wiadomość od polskiego dystrybutora Woombie z pytaniem czy miałabym ochotę przetestować ich produkt – otulacz, i Szumisia, misia który miał być idealnym uzupełnieniem do usypiania dziecka metodą 5S Harveya Karpa. Jakieś szczątkowe informacje dotarły do mnie wcześniej na temat Woombie i Szumisia, bo polecaliście mi je w jednym z facebookowych wątków, jako gadżety uspokajające, antykolkowe i wydłużające sen. Byłam naprawdę sceptyczna na początku. Jednak to chyba ta moja totalna bezradność i niemoc, i całkowite niemalże zrezygnowanie kazało mi spróbować polecanego zestawu.

Pomyślałam sobie: „raz kozie śmierć”, bo nie mieliśmy nic do stracenia. Nie robiłam sobie na początku wielkich nadziei. Jednak pierwsze założenie Woombie zrobiło z moich oczu pięciozłotówki. Tak jak Teo miauczał i płakał, tak nagle zamilkł i zrobił wielkie oczyska. Ta błoga cisza wprawiła mnie w osłupienie.

Dostałam następnie instrukcje, że powinnam spróbować skutecznego usypiania metodą 5S Harveya Karpa przy wykorzystaniu Woombie i Szumisia. Dotychczas próby usypiania jaśnie pana Teodora trwały godzinami, bo to egzemplarz oporny. Bardzo oporny, powiedziałabym nawet ;-) Moje plecy dostały naprawdę zdrowo w kość, bo nie ma szans, aby Teo zasnął inaczej niż na rękach. W rezultacie trzymałam go w ramionach godzinami, a on ważył coraz więcej. I więcej…

Spróbowałam tej polecanej metody Karpa i o dziwo… bingo! To jest to! Ciasne owinięcie w Woombie, utulenie przy akompaniamencie misia Szumisia i obywatel zasypia!

Zresztą sami posłuchajcie co mam na ten temat do powiedzenia oglądając poniższy film.

Co prawda kolki nie zniknęły, [a ja głęboko wierzę, że na nie nie ma pomocy z uwagi na niedojrzałość układu pokarmowego malucha, która minie dopiero, gdy natura pozwoli, czyli pewnie w okolicach trzeciego miesiąca]. Jednak gdy atak kolki się zbliża lub trwa w najlepsze, to ja nie czekam na zesłanie z nieba jakichś magicznych mocy, tylko od razu pakuję synala do Woombie, włączam Szumisia i po kilku minutach on już śpi.

Nagle moje noce przestały być przerywane co 10-15 minut, jak to miało miejsce we wrześniu. Zdarza się Teośkowi nawet sen trzy i czterogodzinny. Ale na taki sen jest szansa tylko w Woombie przy akompaniamencie szumisiowego szumienia. Gdy jest przykryty samym kocykiem macha rękami i wybudza się co chwilę. Nawet ciasne owinięcie w becik nie działało, bo on potrafił szybko się wyswobodzić i zaczynał kwękanie, a następnie arię operową budzącą dosłownie wszystkich.

Woombie jest wykonane z mięsistej, elastycznej bawełny. Zaskoczyła mnie jakość szwów i bezpieczeństwo. Mimo ciasnego otulenia, Teo nie miał nigdy na ciele żadnych odgnieceń od tkaniny. Nigdy też nie zadrapał się zamkiem dociąganym po samą szyję, bo tak jest zaprojektowany, aby był bezpieczny.

Szumiś natomiast nie szumi sam z siebie, magicznymi mocami, ale ma w sobie mechanizm szumiący, który możemy śmiało wyciągnąć, gdy chcemy Szumisia wyprać.

Prałam Woombie już kilkukrotnie, i wygląda cały czas jak nowe. Gdy Teo z niego wyrośnie pewnie Woombie pójdzie w świat do innych maluchów, bo nie widzę szans, aby miało się zniszczyć. No chyba, że zdecydujemy się na trzecie dziecko. Nie, nie zdecydujemy się na trzecie dziecko. Wy jesteście świadkami, co przed chwilą napisałam ;-)

Co do Szumisia, to również prałam już jedną sztukę i dalej wygląda jak ze sklepu, co tylko potwierdza spostrzeżenia mojego Męża, który gdy zobaczył misie powiedział: „jakość pierwsza klasa”. Misie są szyte w Polsce. To duży patriotyczny plusior ;-)


wpis pochodzi z Blog-a SZCZESLIVA

Ania

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów